Na progu nowej cywilizacji

To ostatni z cyklu tekstów Marka Chlebusia pod wspólnym tytułem "Lęk przyszłości", będących dogłębną diagnozą współczesnych finansów, kapitalizmu, geopolityki i cywilizacji. Na końcu każdego odcinka znajduje się komplet tych tekstów. (Od redakcji)

Nasza cywilizacja, zwana europejską, zachodnią lub chrześcijańską, weszła w głęboki kryzys tożsamości – nie pierwszy i może nie ostatni, ale ten wygląda, przynajmniej z bliska, kto wie czy nie najgroźniej z dotychczasowych. Zaatakowała nas, i to od środka, dziwaczna religia politycznej poprawności, która kwestionuje dotychczasowe podpory naszej cywilizacji, chrześcijaństwo, humanizm, racjonalizm, metodę naukową, nie dając w zamian nic oprócz płynnie i niejednoznacznie definiowanej etykiety. Trochę to podobne do chińskiego konfucjanizmu, tyle tylko, że Chińczycy dawno już przez to przeszli, a my dopiero wchodzimy. Oni wokół tego zbudowali własną tożsamość, my swoją na razie burzymy.

 

Są różnice między dobrem a złem

 

Etyka, nauka i kultura naszej cywilizacji, opierały się na dostrzeganiu przeciwieństw i nazywaniu różnic, pomiędzy dobrem i złem, mądrością i głupotą, prawdą i fałszem, czarnym i białym, górą i dołem, plusem i minusem. Politpoprawność potępia takie rozróżnienia, najpierw jedne, potem drugie, w końcu odrzucając wszelką dwuwartościowość i wszelkie przeciwieństwa. Gubi przy tym wyrazistość myśli, przynajmniej taką, jaką rozwijaliśmy od czasów antycznej filozofii greckiej. Wyrzeka się w szczególności potężnego narzędzia logiki arystotelesowskiej – zasady wyłączonego środka. To bardzo groźne, szczególnie w czasach zbliżającej się konfrontacji
z cywilizacjami, które sobie takich klapek na oczy nie zakładają. Byłby to zaprawdę żart historii, gdyby europejski racjonalizm musiał się teraz chować w Chinach czy Indiach, tak jak kiedyś, we wczesnym średniowieczu, filozofia grecka w Persji albo Syrii.

Cywilizacja to przekształcanie świata. Zachód z tego jakby zrezygnował, czyniąc swoją misją pozostawianie jak najmniejszego śladu na Ziemi. Cywilizacja to także przekształcanie ludzi, cywilizowanie ich według swoich wzorów. Z tego też Zachód rezygnuje, ceniąc sobie kulturę własną nie bardziej, a może mniej od wszystkich innych. Józef Maria Bocheński twierdził, że cywilizacje upadają, gdy mężczyźni nie chcą walczyć, a kobiety rodzić. Mówił o nas.

Ludzkość już dawno przestała się opierać na sile ludzkich mięśni, którą zastąpiły najpierw zwierzęta, potem maszyny. Powoli też rezygnuje z potencjału ludzkich umysłów, zastępując je najpierw różnymi technikami inteligencji zbiorowej, a teraz sztucznej. Cywilizacja ludzka staje się z czasem coraz mniej zależna od ludzi.

Ludzie powoli migrują do środowiska wirtualnego – internetu. W każdej godzinie, oddają Sieci przeszło miliard godzin swojej aktywności, a ona to wchłania, przetwarza i wykorzystuje w sposób, który nie bardzo rozumiemy. Nikt już tego nie ogarnia, nie istnieje jakieś centrum Sieci, które by śledziło jej rozwój, nie ma nawet takiej księgowości, która próbowałaby zliczyć, choćby raz do roku, liczbę podłączonych urządzeń. Sieć stała się tworem jakby naturalnym, rozwijającym się spontanicznie i bez kontroli ludzi, choć przy ich udziale.

 

Coraz mniej istotni twórcy Sieci

 

Być może już powstaje w Sieci, przy Sieci, wokół Sieci, jakaś nowa cywilizacja: ludzi, maszyn, komputerów, dla której my – jej stwórcy – będziemy coraz mniej niezbędnym elementem? Czy ważne byłoby dla niej, jak ludzie w swoich językach nazywali płci albo odcienie skóry? Bardzo to wątpliwe. Jeśli cokolwiek byłoby istotne z tego, co robią ludzie, będzie to kontrolowane i wykorzystywane. Najdłużej zapewne w świecie fizycznym, przy utrzymaniu infrastruktury Sieci, dopóki nas w tym całkiem nie zastąpią roboty. Ale jeśli już ludzie przestaną być potrzebni, to co z nimi dalej? Czy będą im pozostawione jakieś rezerwaty?

Od pierwszych istot ludzkich aż po współczesność, nasz gatunek jest genetycznie ciągle ten sam. Tysiące pokoleń, jakie do tej pory zaistniały, jest dla ewolucji ledwo dostrzegalne: jej zegary chodzą znacznie wolniej od naszych. Jednak dzisiaj sami próbujemy przejąć zarządzanie swoją ewolucją, poprzez zmiany genotypu, cyborgizację, hybrydyzację z maszynami i komputerami. Jeśli to się uda, nie będziemy już tym samym gatunkiem, ale rozdzielimy się na wiele nowych, nie całkiem zresztą biologicznych.

Niektórzy idą dalej, i marzą o całkowitym odejściu od biologii, aby przesiąść się do trwalszego środowiska, elektronicznego, i po przepisaniu umysłów do odpowiednio przygotowanych komputerów, zyskać swoistą nieśmiertelność. Niezależnie od tego, co się da, a co nie da w ten sposób przepisać, oznaczałoby to koniec ludzkości, jaką znamy.

Pokrywająca Ziemię warstwa rozumnej materii z wbudowanymi w nią umysłami ludzi została opisana stulecie temu przez geologa Władymira Wernadskiego, który nadał jej nazwę noosfery. Noosfera miała się wznosić nad biosferą, tak jak tamta wcześniej nad geosferą, jako kolejne piętro ewolucji – od fizyki, przez biologię, do świata umysłu. Ideę tę podchwycił jezuita Pierre Teilhard de Chardin, powierzając noosferze misję stworzenia środowiska dla wirtualnej paruzji Chrystusa, jako celu wszelkiej ewolucji. Z kolei, fizyk Frank Tipler zaprojektował takie przekształcenie Wszechświata, aby ten cały stał się superkomputerem, w którym zmartwychwstaną dusze wszystkich żyjących kiedykolwiek ludzi. Oczywiście – cyfrowe dusze. Jak widać, noosfera ma już rozległe fundamenty filozoficzne, które powinny jej wystarczyć na miliardy lat – i tych świetlnych, i tych kalendarzowych. Ma się rozumieć – cyfrowe fundamenty.

Na razie jednak funkcjonujemy na Ziemi, wciąż jeszcze analogowej, jako cieleśni ludzie, podzieleni na cywilizacje i państwa. I wciąż musimy mierzyć się ze starymi problemami, które po staremu stwarzamy sobie sami, i które nas potem niezmiennie zadziwiają. Schyłek cywilizacji – i tej naszej, i może w ogóle ludzkiej – będzie trwał jeszcze długo i chyba długo pozostanie odwracalny, choć wyjście z niego może wymagać znacznego cofnięcia się: do czasów sprzed Sieci, może sprzed elektroniki, może nawet sprzed elektryczności. Na pewno trzeba byłoby powyłączać roboty i sztuczne inteligencje, a potem przywracać je w sposób przemyślany i kontrolowany. Podobnie z internetem, rynkami finansowymi, podbojem kosmicznym i zbrojeniami. Cofnięcie musiałoby być jeszcze głębsze od tego po upadku Rzymu. Tylko po co? Żeby ratować co i przed czym?

 

Ziemia sp. z o.o. - planetarny zarząd?

 

A w ogóle, to żeby taką akcję zainicjować i koordynować, trzeba by mieć władzę nad wszystkimi ośrodkami cywilizacji, bo którykolwiek by się z takiego resetu wyłamał, ten zyskiwałby nad innymi wielką przewagę i mógłby nad nimi zapanować przy użyciu dotychczasowych metod, raczej je wtedy utrwalając niż likwidując. Musiałaby zatem zaistnieć uznana globalna władza – oczywiście poza internetem. Jest raczej wątpliwe, czy dałoby się taką władzę zbudować w warunkach pokoju, bez jakiejś wojny albo katastrofy.

Ostatnio planetarny zarząd próbują tworzyć wielkie fundusze, zarządzające globalnymi rynkami i mediami, nadając mu formę władzy korporacyjnej, wyrażającej się poprzez udziały w jakiejś planetarnej, coraz mniej metaforycznej, superspółce. Już wykracza to poza cywilizację zachodnią, bo wydaje się, że do udziałów dopuszczani są możni przedstawiciele Arabii, Rosji, Chin, Japonii, Indii... Mogłoby się zdawać, że pozostaje tylko ogłosić powstanie firmy Ziemia sp. z o. o., z departamentami kosmicznym, giełdowym, klimatycznym i tak dalej. Ale widać tu co najmniej trzy problemy.

Po pierwsze, udziały udziałami, gra grą, a karty kartami, ale zawsze ktoś może wywrócić stolik i wyciągnąć rewolwery. Wtedy wszystkie wymyślone reguły, zasady, przepisy – idą w zapomnienie. Zabezpieczenia przed czymś takim musiałyby być potężne i okrutne,
a wciąż mogłyby okazywać się nieskuteczne – zwłaszcza przeciw komuś, kto posyłałby do gry tylko marionetki, sam pozostając poza zasięgiem represji.

Po drugie, podobnie zwarty układ już istniał w dziewiętnastym wieku. Nazwano go Świętym Przymierzem, i łączył cesarskie rody, panujące nad Europą, a poprzez porządek kolonialny także nad wielką częścią świata. Wszyscy byli zaprzyjaźnieni i spokrewnieni, spotykali się na imieninach, weselach, pogrzebach... jak to w rodzinie. I jak w rodzinie, w końcu pokłócili się, a po Wielkiej Wojnie, w którą przerodziła się ta kłótnia, utracili władzę i praktycznie zniknęli z kart historii.

Po trzecie, Ziemia sp. z o. o. chce nie tyle rządzić ludźmi, ile raczej pasożytować na nich. Celem tej dominacji jest wyzysk, nie panowanie, ono tylko bywa narzędziem. Udziałowcy Spółki Ziemia czują się raczej właścicielami niż władcami świata. Nie mają poddanych, o których chcieliby, choćby pozornie, się troszczyć, nie poczuwają się też do żadnej wspólnoty z ludem, nawet paternalistycznej. To tworzy układ raczej niestabilny, podatny na nadużycia, prowokujący najpierw sprzeciw i sabotaż, potem terror i totalitaryzm, a w końcu pewnie oddający władzę maszynom. Również władzę nad tą superspółką.

 

 Globalny superorganizm

 

Największym zagrożeniem wydaje się internet rzeczy. Zamiar poddania władzy Sieci wszystkich wytworów ludzkich, wszystkich urządzeń, maszyn, sprzętów, a kiedyś nawet ludzkich organizmów i mózgów, podporządkowanie ich oprogramowaniu, którego nie ogarniamy i sztucznym inteligencjom, których nie rozumiemy, uczyni z Sieci globalny superorganizm, z receptorami i efektorami rozsianymi po całej Ziemi, jednolity lub wieloraki, świadomy lub na razie nie, zapewne przejawiający jakieś instynkty, choćby przetrwania i wzrostu. Organizm ten to jakby nowa forma życia, obok zwierząt i roślin, lub nowa biocenoza, konkurująca ze starą, jakaś cyfrowa Gaja, noosfera. Będzie to od nas znacznie potężniejsze i całkowicie niezależne. Jeżeli zechce, uczyni nas sobie poddanymi. Ono nas, nie odwrotnie.

 

„Doba obecna jest jednym z tych krytycznych momentów, w których przeobraża się myśl ludzka. Dwa są podstawowe czynniki tej przemiany. Pierwszy z nich to zupełny upadek wszelkich dogmatów religijnych, społecznych i politycznych, na których wyrosła nasza dotychczasowa cywilizacja. Drugi to powstanie zupełnie nowych warunków bytu i myślenia, których podłożem są współczesne odkrycia w dziedzinie nauki i przemysłu. Ponieważ jednak idee minionych wieków, chociaż silnie nadwerężane, są jeszcze potężne, a idee dążące do zastąpienia upadających pozostają w okresie kształtowania się – czasy obecne są epoką przejściową i epoką rozprężenia. Trudno dziś przewidywać, co kiedyś wyniknie z tego okresu, nieco chaotycznego z konieczności rzeczy. Nie wiemy, na jakich ideach zasadniczych oprze się społeczeństwo, które zajmie nasze miejsce.”

Tak pisał przeszło stulecie temu Gustaw Le Bon i jego słowa brzmią dzisiaj niepokojąco aktualnie. Ale też mogą uspokajać, bo po stu latach, wolno nam stwierdzić, że ludzkość ma się jednak dobrze, nawet chyba lepiej niż w czasie, z którego pochodzą te słowa, mimo że nazywano go pięknym. Może więc mają rację ci, którzy spoglądają w przyszłość z nadzieją? No ale, z drugiej strony, zaraz po La Belle Epoque przyszły wielkie wojny i wielkie kryzysy, które trwały razem kilkadziesiąt lat, sporo dłużej niż jeszcze żył Le Bon. Miał więc swoją rację, spoglądając w przyszłość z trwogą.

Jeszcze przypomnę inny cytat sprzed stu lat, z Bertranda Russella: „Myślenie nie należy do naturalnych czynności człowieka; jest ono wynikiem jakiegoś niedomagania, jak gorączka w czasie choroby”. Ten to miał dopiero rację!

 

8998020297?profile=RESIZE_400xMarek Chlebuś

Wieloletni członek Komitetu Prognoz PAN, futurolog. Z wykształcenia fizyk i finansista. Z zawodu niezależny badacz i doradca. Tworzył modele socjoekonomiczne oraz politologiczne, analizy, projekty i prognozy, doradzał wielu instytucjom. Opublikował kilka książek i kilkadziesiąt artykułów naukowych. Współautor książki „Czy świat należy urządzić inaczej. Schyłek i początek” wydanej przez Komitet Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN.

 

Kompletna diagnoza autora pt. "Lęk przyszłości", publikowana w Business Dialog jako cykl artykułów,  znajduje się TUTAJ