Przejmując władzę nad strachem, zwiększymy bezpieczeństwo

W bliskiej historii mamy wiele doświadczeń z masowym, podstępnym, niewidocznym na czas i potencjalnie śmiertelnym zagrożeniem. I radziliśmy sobie z tym, i faktycznie, i emocjonalnie. A dzisiaj - w związku z nowym wirusem - zachowujemy się tak, jakby takie zagrożenie to była jakaś wielka nowość.

Boimy się, to normalne. Ale już nie jest normalne, że nasilenie tego strachu w nas jest sterowane odgórnie – udostępnianymi urzędowymi statystykami, polityką informacyjną, wprowadzanymi i znoszonymi obostrzeniami, propagandą otwartą i ukrytą.

A jakby tak przejąć władzę nad swoim strachem i samemu go sobie dawkować?

W czasie drugiej wojny światowej w miastach Europy powszechne były łapanki na ulicach. W polskich miastach były najbardziej dotkliwe, nawet kilka razy dziennie. Wychodzisz z domu i bez żadnej swojej winy wpadasz w kocioł. Potem wywózka do obozu koncentracyjnego albo rozstrzelanie. Za Kutschery (1943/1944r) zamordowano w Warszawie około 5000 Polaków, z czego co najmniej 1200 stracono bezpośrednio na ulicach miasta. W gronie ofiar znajdowali się przypadkowi warszawiacy zatrzymani podczas łapanek. O masowych egzekucjach na ulicach informowano na afiszach. Były wtedy tym, czym dzisiejsze ogłoszenia w mediach o liczbie chorych i zmarłych.

Warszawiacy się bali, każdy by się bał, a jednak wychodzili w swoich sprawach z domu, ale starali się unikać ryzykownych miejsc, nauczyli się rozpoznawać przygotowania do łapanki, poznali lepiej zaułki swojego miasta. A ruch oporu podjął walkę, ta walka też kosztowała ofiary (odwet Niemców), ale po zamachu na Kutscherę terror wyraźnie zelżał. Niemcy zrezygnowali z planu eksterminacji 20000 mieszkańców stolicy. Społeczeństwo nie odcięło się od ruchu oporu. Wręcz przeciwnie, walka z okupantem nie była już uznawana za działalność szczególnie niebezpieczną, bowiem narażony był każdy, bez względu na to, czy coś robi, czy nie.

Może II wojna światowa już spoczywa w mrokach pamięci, ale wybuchające w latach 90tych autobusy i kawiarnie w Izrealu, 11 września i atak terrorystyczny w USA, zamachy w Paryżu raczej pamiętamy. Terroryzm to taka sama sytuacja jak z obecnym wirusem: można zostać ofiarą w każdej chwili, bez względu na swoje zachowanie, w zasadzie w każdym miejscu, a formy działania terrorystów także są nie do przewidzenia.

A jednak mieszkańcy Izraela czy Francji nie przestali jeździć autobusami i odwiedzać restauracji. Wręcz demonstrując swoją postawą opór przeciwko terrorystom.

Po 11 września też nie przestaliśmy latać samolotami.

Oczywiście, są różnice, autorami tamtych niszczycielskich działań i mordów byli ludzie, a teraz grozi nam pozbawiony świadomości (?) byt biologiczny. Tak naprawdę jest to różnica bez znaczenia, bo charakter agresji jest dokładnie ten sam i w takiej samej sytuacji stawia ofiarę. Ale być może ta różnica w charakterystyce agresora tak nas wytrąciła z równowagi, że nie umiemy racjonalnie działać, i jako jednostki, i wspólnoty, i rządy, i społeczeństwa?

Trzeba się bać, jest bowiem czego się bać, ale ten strach ma być twórczy. Strach jest po to, abyśmy uczynili nasze życie bezpieczniejsze.

Będziemy bezpieczniejsi, jeśli samodzielnie – a nie jedynie kierując się nakazami, zakazami i propagandą – będziemy podejmowali aktywność w sytuacji aktualnego zagrożenia. Jeśli będziemy umieli samodzielnie ocenić, jak się zachować w danym miejscu: czy wchodzić do tego sklepu, pociągu czy biura, do których ludzi i na ile zbliżać się, jak często i kiedy zmieniać rękawiczki, kiedy zasłona na twarzy staje się źródłem bakterii i grzybów groźniejszych niż covid, a kiedy przed nim chroni. Na czym polega ostrożność w kontaktach z bliskimi ludźmi, a na czym z obcymi czy przypadkowo spotkanymi? Po czym poznać człowieka niezdrowego, który bezmyślnie wyszedł do ludzi? To jest pewne know how, które musimy posiąść sami, a którego żaden rząd ani urząd ani pracodawca nam nie podpowie. Bo on wynika z codziennej praktyki życia z ludźmi.

Będziemy bezpieczniejsi, jeśli dokładnie przeanalizujemy swoje odruchy, gesty. Wcześniej były mimowolnie, dzisiaj muszą być poddane refleksji. Czy dotykamy twarzy? Czego przytrzymujemy się na schodach: ściany, poręczy, parasolki, niczego? Czy mamy zawsze na podorędziu długopis, aby podpisywać dokumenty na poczcie, w recepcji biurowca, od gospodarza domu? Czego dotykamy będąc w biurze, w sklepie, na stacji benzynowej, czy świadomie? Jak myjemy ręce i kiedy? Czy mamy mydło w saszetce rowerowej?

Jak dbamy o swoją odporność? Łykamy bezmyślnie witaminy i suplementy diety, czy jemy zdrowe potrawy? Nie przegrzewamy się w obawie przed grypą czy przeziębieniem? Nie unikamy fizycznego zmęczenia, wysiłku, deszczu, dyskomfortowego chłodu? Hartujemy się? Czym się kurujemy? Jest coś poza chemią jest w naszym arsenale leków?

Będziemy też bezpieczniejsi jeśli będziemy wymagać od organizatorów naszego życia społecznego, aby czynnie przeciwdziałali zagrożeniu. Na razie na nas – obywateli – przerzucają cały wysiłek walki z nowym wirusem, właśnie przez stosowanie się do obostrzeń, nakazów i zakazów. No i jeszcze wykonano kilka zmian w organizacji i zaopatrzeniu placówek medycznych. Różne podmioty angażują się w działania pomocowe poszkodowanym, ale to przecież nie powinno być istotą walki z tak wielkim zagrożeniem!

Agendy powołane do organizacji naszego życia społecznego - opłacane z naszych podatków - powinny zrobić o wiele, wiele więcej i my powinniśmy od nich tego wymagać. Rzeczą absolutnie podstawową powinno być zwiększenie wydolności placówek medycznych i generalnie skuteczności lecznictwa, a nic nie słychać o takich systemowych zmianach. Wręcz cała strategia walki z zachorowaniami na covid ma na celu dostosowanie zachorowalności do możliwości służby zdrowia! To nie jest przecież walka z wirusem, tylko walka o wydolność służby zdrowia. Wirusowi to nie szkodzi.

Jak wielkie środki finansowe, organizacyjne, intelektualne zostały skierowane do naukowców i specjalistów, aby dokładnie rozpoznali wroga i wynaleźli na niego sposoby? Jak zostało to zorganizowane? Jakie są efekty?

Jakie inne innowacje – niemedyczne – starają się pobudzić odpowiednie władze, aby zwiększyć bezpieczeństwo obywateli, np. w dziedzinie samooczyszczających się powierzchni albo w obszarze wykorzystania bigdata, telefonu i Internetu?

Czy wyciągnięto wnioski i wdrożono nowe lepsze sposoby w opiece nad ludźmi starymi i schorowanymi? Albo może zdecydowano, że nie warto się tym zajmować, też można podjąć taką decyzję, ale czy ktoś władny się nad tym zastanawiał?

To tylko kilka przykładowych pytań. W Izraelu czy USA – a właściwie na całym świecie - walka z terrorem zaowocowała wieloma zmianami w codziennych praktykach obywateli (np. podróżach samolotami), ale też wielką liczbą innowacji, które polepszyłyby nasze życie w różnych dziedzinach, nie związanych z bezpieczeństwem.  

Ale to muszą robić rządy, mając do dyspozycji władzę, zasoby i zdolności organizacyjne, a nie poszczególni obywatele czy ich stowarzyszenia, również nie firmy.

Jeśli będziemy się tylko bać, biernie i bezrefleksyjnie stosować do administracyjnych nakazów, to ani sami nie zwiększymy swojego bezpieczeństwa, ani nikt inny nam go nie zapewni, bo nie będzie czuł się do tego zobligowany.