To coś ekstra w nas!

To coś ekstra w nas!

W sobotę byłam w księgarni. Przeglądałam co na półkach, a obok młodzi pracownicy porządkowali książki, wyraźnie dorabiający studenci. I rozmawiali. Jeden powiedział, że chciałby mieć tak duże mieszkanie, aby mieć pokój ze ścianami w całości zastawionymi regałami z książkami. Wtedy zaczęłam ich podsłuchiwać. Doczekałam się niezwykłego. Jedna dziewczyna powiedziała, że chciałaby być tak dobrym lekarzem (zwierząt domowych, potem okazało się), że gdy założy gabinet w małym miasteczku, specjalnie wyjedzie tam z Warszawy,  to ludzie tłumnie będą przyjeżdżać tam, bo rozniesie się wieść, że tam jest taki dobry lekarz. Wybitny i szczęśliwy lekarz w małym miasteczku, czyli sława tylko dzięki zasługom i sława czyniąca dobro - co za piękna dusza pomyślałam.

W swoich czasach szkolnych mieszkałam na parterze, a na drugim piętrze mieszkał samotnie starszy schorowany pan. Wielokrotnie pomagałam mu wnosić zakupy na piętro. A potem przestałam. Ponieważ popadłam w dylemat moralny, dlaczego ja to robię: czy po prostu ze współczucia, spontanicznie pomagam w tym, co dla niego jest trudne czy raczej z wyrachowania, dla pochwały, żeby o sobie dobrze myśleć. Niby jak widziałam go z tymi siatami, odruchowo podchodziłam i mówiłam "to ja poniosę", ale zaraz sekundę później w mózgu włączał się jakiś  durny mechanizm samozadowolenia. A może włączał się wcześniej i dlatego do niego podchodziłam? Nienawidziłam tej wyrachowanej części mojego mózgu, a nie potrafiłam jej wyłączyć. Obliczał nagrodę bez mojej woli i bez mojej inicjatywy, ale ja się z niej cieszyłam. Nie podobało mi się to strasznie. Uważałam, że jestem wyrachowana, więc zła. Byłam dzieckiem i nie poradziłam sobie z tym. Zaczęłam unikać starszego pana, odwracałam głowę, choćby nie wiem jak ciężkie siaty targał. I tak osiągnęłam następujący poziom absurdu: pomaganie ludziom uznałam za dowód swojego złego charakteru, bowiem nie było ono bezinteresowne, nie umiałam go uczynić bezinteresownym. W celu udowodnienie sobie dobrego charakteru, przestałam im pomagać. Nie miałam okazji do wyrachowania, więc nie popełniałam tego złego.

Do dzisiaj jest tak, że jeśli coś dla kogoś robię, to sama siebie pilnuję, abym nie czekała na słowo "dziękuję", na wdzięczność, żebym przypadkiem nie obliczyła, w jaki sposób mi się to opłaci, żebym w stosownym czasie nie przypomniała "a ja dla ciebie ...", żebym nie poczuła tego obrzydliwego uczucia zadowolenia z siebie jako "dobrego człowieka". Albowiem nie chcę być jeszcze bardziej wyrachowana niż ten, który liczy tylko pieniądze i władzę. Nie chcę dokonywać rachunku uczuć czy rachunku dobroci. I naprawdę taka czujność jest ciężką pracą. Ale alternatywą jest nic dla nikogo nie robić. I - nie mam wątpliwości - będzie to uczciwa postawa!

No, właśnie... Kluczem do tego problemu jest owo wyrachowanie. Postrzegamy je jako coś złego. Ale czy rzeczywiście? A jeśli powiemy: rachunek? Jakikolwiek: ekonomiczny, strat i korzyści, obowiązków i należności, krzywd i przywilejów, coś za coś? To w dalszym ciągu jest to coś złego? Czyż fundamentem naszej cywilizacji nie jest znak "równa się"? Czy to się nie nazywa sprawiedliwość, uczciwość? Aby zaistniał rachunek, musi być chęć i umiejętność rachowania, a więc wyrachowanie w nas. Więc dlaczego tak mnie niepokoi to wyrachowanie? Dlaczego to jest obelga, jeśli mówimy o kimś, że jest wyrachowany? Może tajemnica tkwi w dalszej części tej obelgi: wszystko by zrobił dla sławy, pieniędzy, władzy, kariery,.... Czyli - w domyśle - są rzeczy, które nie powinny podlegać rachunkowi, a niektórzy ludzie je włączają do tych rachunków?

A może - tak sobie myślę - rzecz w tym, jakie rzeczy ustawiamy po obu stronach równania? Że muszą być z tej samej bajki, muszą być sobie jakoś równoważne, muszą dotyczyć tego samego porządku, np. biznesu, dobroczynności, miłości, władzy... Jeśli się miesza porządki, to nie sposób ustawić dobrego równania.. Nie można dodawać gruszek do śliwek...

Jest to jakieś wyjaśnienie. No, ale noszenie cudzych siatek i zadowolenie z pomagania było w tym samym porządku, a mimo to nie czułam się z tym dobrze.

Mnie się jednak wydaje, że jest w nas jakieś wielkie marzenie, aby coś było ekstra, poza wszelkim rachunkiem, poza intelektualną spekulacją. Że jak ogramy nasz mózg i on na czas czegoś nie porachuje, to będziemy mieli dostęp do czegoś ukrytego - cennego - w nas. Ja lubię grać w tę grę: złapać pierwsze wrażenie, zrobić coś w pierwszym odruchu, odczytać pierwsze pragnienie swoje lub cudze, pozwolić się wymknąć nasuwającemu się słowu, odwzajemnić niekontrolowane spojrzenie, podchwycić nagłą myśl... . Wszystko zanim włączy się rozum, bo on już wszystko policzy..... I przykryje tamto coś w środku, nie wiem co.

Wyślij do mnie e-mail, gdy pojawi się nowy komentarz –

Musisz być członkiem Business Dialog, aby dodawać komentarze!

Dołącz do Business Dialog

Komentarze

  • Zostawię tu jeszcze taki cytat: "Ponieważ egoizm, to "troska o własny interes", zatem etyka absolutna używa tego pojęcia w jego dokładnym i najczystszym sensie. Nie jest to pojęcie, które należałoby oddać nieprzyjaciołom człowieka ani narazić na bezmyślne przeinaczenia, przesądy, nieporozumienia i obawy ignorantów i nierozsądnych. Atak na egoizm, to atak na godność własną człowieka: oddać pierwsze, to oddać drugie"/Ayn Rand. A tak od siebie dodam, że zakiełkowała mi taka myśl, a raczej pytanie - a może ta wewnętrzna uciecha, którą czułaś za każdym razem pomagając z tym siatkami, to celowy mechanizm, którym nas natura celowo obdarzyła, abyśmy byli ludzcy? Może, gdyby nie ta wywołująca u Ciebie poczucie winy "premia" za dobroć i empatię, to nie zdobywalibyśmy się na gesty pomocy, wsparcia, czy zrozumienia? ;)
  • Przeczytałam dwa razy, to co piszesz. I pierwszy odruch - przypomniało mi się jak czytałam Przebudzenie Anthonego de Mello. Miałam skrajne emocje czytając tę książkę, do tego stopnia, że stwierdziłam, że oszaleję i wyrzuciłam ją do śmietnika. Zaraz jednak nasunęły mi się różne przemyślenia Ayn Rand z Cnoty egoizmu. Anthony de Mello - o ile dobrze pamiętam (nie mam tej książki niestety, żeby zajrzeć, bo wywaliłam w afekcie) - też twierdził, że pomagamy z wyrachowania, z potrzeby poczucia się lepszymi od innych, a ja się z tym wtedy nie zgadzałam. Mnie raniła taka teza. W każdym razie do dziś mi to zaprząta czasami głowę, bo właśnie wtedy po przeczytaniu Przebudzenia przestałam mieć radość z pomagania, za to niestety nigdy nie przestałam mieć takiej potrzeby, żeby pomagać. Choć robię to chyba selektywnie, bo nie zawsze i nie każdemu. Muszę widzieć sens i mieć poczucie właśnie sprawiedliwości, że warto - więc chyba czasami zabawiam się w boga, bo osądzam wedle siebie. Jest jednak coś w tym, co napisałaś, ale myślę, że skoro już kalkulować to raczej poszła bym w tym kierunku, aby przekalkulować, co się bardziej opłaca - nie pomóc i być w zgodzie ze sobą, czy olać siebie i swoją próżność, czy być może nawet egoizm i pomóc, bo większy pożytek z tej "nieuczciwej" pomocy, niż z nie pomagania. Oczywiście nie chodzi o to, aby zaraz piać z zachwytu nad sobą i się obnosić ze swoim "szlachetnym" czynem, raczej zostawić to sobie, że się pomogło i jakoś z tym "nieszczęściem" żyć ;)
  • Mnóstwo wątków i każdy chciałoby się "złapać" :-) Żeby nie robić zamieszania wybieram jeden:
    Zrobić dobry uczynek i mieć frajdę z tego faktu czy nie zrobić go i nie mieć frajdy, bo może to być frajda wyrachowana?
    Widzę to inaczej. Wyrachowanie to jednak coś więcej niż frajda bądź nawet radość z powodu pochwały za dobry uczynek. Wyrachowanie to nastawienie na świadome czerpanie korzyści. Wyrachowanie oznacza, że zrobię dobry uczynek wyłącznie wtedy, kiedy będę mieć pewność, że przyniesie mi frajdę, pochwałę czy inne korzyści. Ale czy jeśli go zrobię nie mając takiej pewności to jest on mniej "dobry"? I skąd mam wiedzieć, że ta korzyść na pewno się nie pojawi. Jak mam to ocenić przed podjęciem działania?
    Społeczeństwo jest oparte na wymianie. Dóbr, uczynków, uczuć i wielu innych. Bez tego nie istnieje. "Interesowność" jest często (może nawet "zazwyczaj") motorem działań, dzięki którym rozwijamy się jako społeczeństwo i jako ludzie. Skoro rozwijanie się przynosi mi frajdę i korzyści to czy jestem wyrachowana starając się o nie? I sięgając przy tym po wsparcie innych osób, nawet w zamian za dobry uczynek lub pochwałę? I z drugiej strony - mam nie chwalić i nie dziękować żeby ktoś nie poczuł się "wyrachowany"??? - to już całkiem mi się w głowie nie mieści!
    Moje osobiste podejście do sprawy jest takie: jeśli robię dobry uczynek to nie OCZEKUJĘ wzajemności czy korzyści. Nawet, jeżeli gdzieś z tyłu głowy jest myśl, że byłoby miło gdyby ktoś to dostrzegł, docenił, pochwalił a może nawet się odwdzięczył. Kluczowa jest tu kategoria "byłoby miło". Jeśli to "miło" następuje to cieszę się nim ile wlezie. Ale NIE MAM ZA ZŁE jeśli się nie pojawi. O!
Ta odpowiedź została usunięta.